In this novel, Clary travels to the City of Glass to find a magician who is said to have a cure for her mother’s self-induced coma. Unbeknownst to Clary, her brother Jace does not want her to go and is making plans to stop her. Who gets Clary pregnant? Rouse will force Clary to be impregnated by a demon, to give birth to a warlock — a dying
Adventure Fanfiction Romance Jace Herondale Clary Fairchild Alec Lightwood After losing her mother at a young age, Leila King was broken, alone and trapped but didn’t know how to escape. It was until she met Jace Wayland, a Shadowhunter who first, saved her from others before he saved her from herself.
Wiki. ALL POSTS. Grayskys · 3/13/2016 in General. In which book do Clary and Jace discover that they are not actually brother and sister? So, I was wondering, in which book do Clary and Jace discover that they are not actually brother and sister? (edited by Grayskys) 1. Mauracurtiss · 3/13/2016. City of Glass.
Clary tried her best not to stare. "Would you like to dance?" He asked flashing her an irresistible smile. Instead of replying she let herself be swept away to the dance floor. A slow, sweet song filled the room. Clary rested her head on Jace's chest, still warm even without heavenly fire running through his veins.
Yes, but the thing is, as soon as Luke and Leia found out, they didn't continue to want to make out. Throughout the entirety of two books, that all Jace and Clary wanted to do, even with the knowledge of their relationship to each other. It made it so, so creepy.
Clary walked over to jace with Will in her arms "jace it's ok, you know we all still love you" said clary. Clary hugged jace, wile making sure they didn't squish Will during the hug. They both heard a person in the library "I'll let you eat your breakfast clary, I'll go check who that was just stay with Will ok" said jace.
Hey everyone sorry being a little absent I was catching up on different shows like Lucifer!!! 😄 and I got to say I love that show I can’t wait to start doin
XhSWH. Godzina jest po prostu świetna na publikacje, ale nie wiem, czy jutro siądę do laptopa więc oto pierwsza część pierwszego rozdziału księgo drugiej. Liczę na was i na wasze komentarze. Mam nadzieje że pojawi się ich tu trochę... Rozdział 1 Aniele... " Znajdź światło w pięknym morzu. Wybrałam bycie szczęśliwą. Ty i ja, ty i ja jesteśmy jak diamenty na niebie. Jesteś spadającą gwiazdą, którą widzę, wizją szczęścia. Gdy mnie chwytasz, ożywam. Jesteśmy jak diamenty na niebie." Rihanna "Diamonds " Jace wszedł do sypialni z tacą ze śniadaniem. Popatrzył na łóżko. Clary spała obok innego, ale jemu to nie przeszkadzało. Tym innym był sześciotygodniowy Will. Ich malutki synek spał koło piersi matki trzymając kosmyk jej włosów. Jego blond włoski były urocze. Clary otulała go ramieniem. Westchnął. Postawił tacę na stoliku. Nachylił się i zaczął śledzić linię jej ramienia całusami. Usłyszał cichy jęk żony. Delikatnie się poruszyła. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się widząc męża. Spojrzała na synka. Spał, jak aniołek na poduszeczce. Pogładziła go po buzi i pocałowała. Wzięła go na ręce i delikatnie położyła nieco dalej. Sama również się posunęła, tak, by Jace usiadł koło niej. Jej mąż jej nie zawiódł. Ze stolika zabrał tace ze śniadaniem i położył ją na kolana, podczas gdy Clary położyła Willa obok siebie. - Śpi, jak aniołek. Jocelyn zastanawiała się czemu już teraz przesypia prawie całą noc nie licząc dwa - trzy razy kiedy trzeba go nakarmić. - powiedział i podał żonie naleśniki na śniadanie z owocami i bitą śmietaną. - No widzisz ? Jest aniołkiem. - zaczęła jeść - Jak widać ciąża ma wiele plusów. - mruknął podając jej szklankę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. - Mamy dziecko, ty w końcu mogłaś odpocząć i ja też no ,i nie da się nie zauważyć, że urosły ci cycki. - Clary szturchnęła go - Jesteś niemożliwy. - mruknęła i spojrzała na Willa, który obudził się z płaczem Blondyn wziął od niej talerz z naleśnikami. Od razu przytuliła dziecko i uśmiechnęła się. Will przestał płakać i patrzył na matkę. Rudowłosa odsłoniła pierś i zaczęła karmić małego Herondale'a. Jego ojciec bacznie patrzył na nią i uśmiechał się pod nosem. - Piękny widok. - skomentował, gdy Clary spojrzała na niego - Dziecko. - rzuciła - Nasze kochane maleństwo w twoich ramionach to piękny widok. Słodki widoczek. - Nie słodź. - zaśmiała się - Trudno mi tego nie robić was widząc. - wyciągnął ręce w jej stronę - Daj mi synka, a sama odpocznij. Clary oddała mu dziecko. Poszła pod prysznic, ale wcześniej przypomniała o obowiązku przewinięcia syna. Jace słysząc to uśmiechnął się i przerzucił spojrzenie na potomka. - Damy sobie radę, co nie synku ? - zapytał niemowlę i je pocałował w czoło - Jakby co to wołaj. Usłyszał po chwili wodę z prysznica. Wstał i położył synka na małym przewijaku w kącie. Nawet sprawie załatwił dość nieprzyjemną sprawę i ułożył synka do kołyski. Uruchomił karuzelę, która dostali od wampirów i zaczął go usypiać. Po chwili Will smacznie spał. Położył się i czekał na żonę. Minęło kilka minut i wyszła. Miała wilgotne loki. Przebrała się w leginsy, bluzkę koloru szmaragdu i ciemno zielony sweter. Na stopach miała wygodne trampki. - Śpi. Misja wypełniona. - powiedział wskazując kołyskę - To dobrze. - mruknęła i spojrzała znacząco na męża - To może godzinka na sali treningowej ? Muszę wrócić do formy. - Oczywiście. - szepnął jej do ucha i poszli trenować styczeń 2013 Jace trzymał sześciomiesięcznego synka na rękach podczas gdy Clary zakładała kozaki. Ponieważ była łagodna zima postanowiła iść z synkiem na spacerek, a Jace nie potrafił jej odmówić. Sam sądził, że świeże powietrze dobrze zrobi ruchliwemu potomkowi, który właśnie zajmował się guzikami nowej, granatowej kurteczki. - Nie wzięłam swojego szalika. Zaraz wrócę. - powiedziała i poszła do pokoju Gdy zrobiła kilka kroków w korytarzu rozległ się krzyk. - Mami ! - wrzasnął malutki blondynek - Mama ! Clary zastygła w bezruchu. Jace patrzył na syna. Powiedział swoje pierwsze słowo. Powiedział poprawnie "mama". Rudowłosa odwróciła się i podeszła do niego. - Co ? - wykrztusiła wyciągając ręce do niego - Mama. - powtórzył ze łzami w oczach i wyciągniętymi w jej stronę rączkami. Wzięła go na ręce i przytuliła. - Czy ja dobrze słyszałem ? - zapytał dalej zaszokowany Jace - Czy on powiedział mama ? - Mój kochany synek. - rzuciła Clary tuląc synka, gdy w korytarzu pojawiła się ciężarna Izzy - Will tak wrzasnął ? - spytała mierząc wzrokiem malucha - Tak. - powiedziała Łowczyni całując synka - Powiedział po raz pierwszy "mama". Nie mami, mama. - Jakież to urocze. - westchnęła szatynka - Za osiem miesięcy ty tak będziesz się wzruszać, gdy twoje dziecko się pokaże światu. - rzucił Jace - Szkoda tylko, że ze mną nie chce zostać. - Ta - ta. - przesylabował Will i roześmiał się, gdy Herondale spojrzał na niego - Tata. - powtórzył Blondyn pocałował błękitnookiego potomka i uśmiechnął się. Widać było jak bardzo w tej chwili był dumny. - Chyba Will dziś nas będzie zaskakiwać. - podsumowała Izzy idąc do pokoju - Chodź do taty Will. - maluszek z lekką niechęcią puścił matkę i pozwolił otulić się objęciami ojca - Mama zaraz przyjdzie. Idzie po szalik. Clary szybkim krokiem poszła po szalik. Gdy przyszła jej synek z zaciekawieniem głaskał Perłę, która nie zmieniła się ani odrobinkę przez ostatnie lata - dalej była szczenięciem białego lisa o niesamowicie błękitnych oczach. Gdy podniosła głowę, aby spojrzeć na rudowłosą maluch zabrał rączki i z nową dozą ciekawości przyglądał się jej. - Oj Will. - rzuciła Łowczyni Jej mąż położył czteromiesięcznego Herondale'a do wózka. Żeby usiedział w nim dał mu lisiczkę do towarzystwa. Zwierzątko ułożyło się przy jego boku pod kocem, tak że widoczna była tylko głowa. Will był wielce z tego zachwycony i patrzył na nią jak zaczarowany. - Doprawdy mamy udanego synka. - Jace wziął od Clary szalik i założył jej go całując w szyję - Pewnie ma to po ojcu. - mruknęła Clary i cmoknęła go - Jestem innego zdania kochanie. - szepnął - Chodź. Mamy jeszcze iść na akupy. - Akupy ? - zaśmiała się idąc do windy i pchając wózek - Akupy. - potwierdził i roześmiali się marzec 2013 biegał po pokoju za Perłą. Jace włączył kamerę i postawił ją na stojaku, który magicznie się poruszał i filmował, jak najlepszy filmowiec. Will siedział przy Clary i Jocelyn, które rozmawiały na temat tygodniowego wyjazdu rodziców malca. Jace usiadł koło żony. - A tak właściwie, gdzie jest Luke ? - zapytał blondyn - W księgarni. Dziś pracuje nieco dłużej. Pokazuje wilkołakowi ze stada Mai co robić. Ma mu pomagać. - Radził sobie świetnie sam w księgarni. - rzucił mąż jej córki - Czyżby sił mu zaczęło brakować ? - Nie o to chodzi. - starsza Łowczyni machnęła ręką - Po prostu... rośnie. Luke jest z nim szczególnie związany. On jest silniejszy niż normalny Nefilim w jego wieku. To nie jest problem, ale on chce by rósł ze świadomością tej cechy. Potem będzie mu łatwiej - Richard jest jeszcze bardzo mały. Nie wiem, czy aby nie za mały jak na taką wiedzę. - zauważyła Clary - My nie chcemy mu jeszcze tłumaczyć dlaczego tak jest. Luke chce go powoli uświadamiać. - Clary. - szepnął Jace i szturchnął ją w ramię. Spojrzała na niego pytająco. Wskazał jej gdzie ma patrzeć. Gdy tam popatrzyła zobaczyła jak mały Will próbował wstać i chodzić jak wujek Clary zawsze czuła się dziwnie, gdy tak o nim myślała. Był tylko 15 miesięcy starszy od Willa. Lecz teraz to nie był czas na rozważania o tym. Teraz najważniejsze było to, że jej mały synek próbował chodzić. Złapała go za rączki i pomogła stawiać pierwsze kroki. Jace za to nie potrafił uwierzyć swoim oczom. Jego synek stawiał pierwsze kroki. Jeden, drugi kroczek. Wstał. Podszedł do nich i przykucnął przed nimi. Rudowłosa uśmiechała się patrząc na maluszka. Szedł do ojca z uśmiechem na twarzy i śmiechem. Puściła go krok przed nim. Zrobił to ! Sam zrobił krok i wpadł w ramiona dumnego ojca. - Tatus. - powiedział śmiejąc się i klaszcząc - Mój mały synek. - Jace uniósł go i zaczął smyrać nosem po brzuszku Will śmiał się. To samo Jace, Clary Jocelyn i nawet mały 27 czerwiec 2013 Clary pożegnała synka i weszła z mężem w Bramę. Stanęła przed rezydencją Herondale'ów. Jace postawił na ziemi bagaże i objął ją ramieniem. Uśmiechnęła się. Był taki piękny dzień w Idrisie. Ptaki śpiewały, a słońce świeciło. - Czas zacząć urlop. - powiedział blondyn i poszli do rezydencji - Hmm... - mruknęła si wtuliła się w jego ramię - To będzie dziwne. Już się zżyłam z obecnością Will, tak bardzo, że zaczynam się o niego martwić. - Spokojnie. Jest z dziadkami i pokaźnym zastępem opiekunów. - uspokoił ją i uśmiechnął się zadziornie - Co oznacza, że możemy się zabawić. - Mamy dziecko, a ty dalej o tym myślisz. - zauważyła i spojrzała na niego - Jestem ledwie po dwudziestce, a obok mnie stoi żywy ogień, który rozpala mnie jak nie wiem, nawet po ciąży. - musnął wargą jej szyję - W końcu przecież jesteś równie piękna jak przed nią, a nawet piękniejsza. Wypiękniałaś. - Więc może rozpalimy ogień ? - zapytała z uśmiechem - Weź bagaże. - szepnął, a gdy to zrobiła podniósł ją i trzymał jak pannę młodą. Roześmiał się. - To będzie wspaniała druga rocznica ślubu. Gdy weszli do pokoju, rzucili w kąt bagaże. Jace od razu zsunął z żony jeansową koszulę, którą sobie narzuciła na delikatną bluzkę koloru brzoskwiniowego. Clary przewróciła się na łóżko. Jace opadł na nią. Podtrzymał się łokciami aby jej nie przygnieść i zaczął ją całować. Od dawna nie mogli sobie na tyle pozwolić i korzystali z tego, że teraz mogli to nadrobić. Zwłaszcza, że była ich rocznica ślubu. Rozpięła guziki jego koszuli. Zaśmiał się i szybko zdjął jej bluzkę. Zobaczył jej biały stanik. Uśmiechnął się, gdyż to był ten sam, który miała na ślubie. Wyglądała w nim zarazem uroczo i seksownie. Przeczesał jej włosy palcami. Usiadł i posadził żonę na swoich kolanach. Zaczął całować ją po szyi. Dłońmi badał brzuch i plecy, aż dotarł do paska jej spodni. Rozpiął rozporek i wyciągnął pasek. Cały czas całował ją po linii szczęki. - Jesteś bardzo chętny, co ? - mruknęła i cichuteńko jęknęła gdy przejechał dłonią po jej tyłku zdejmując spodnie - Wyczekałem się trochę, więc tak. - odpowiedział i położył ją Zaczęła zdejmować mu spodnie. Po chwili obydwoje byli tylko w bieliźnie. Jace pierwszy zaczął ją zdejmować z żony odpinając stanik. Dłonią przesunął po jej nagim biuście. Clary otarła się o niego z rozkoszy. Zaczął zdejmować z niej ostatnią część ubrania, gdy poczuł jak zsuwała z niego bokserki. - Moja kochana, sprytna, seksowna żona. - mruknął gdy ich bielizna wylądowała na ziemi - Tylko twoja. - mruknęła Powoli wszedł w nią całując ją cały czas. Jęknęli w swoje usta. Rozpoczęli tydzień, który mieli spędzić tylko we dwójkę miło spędzając drugą rocznice ślubu. 19 lipiec 2013 Will skakał po salonie Magnusa w którym odbywały się jego pierwsze urodziny. Czarownik sam zaproponował by impreza odbywała się u niego. Nie było to huczne przyjęcie jakie zwykle wyprawiał. Wszędzie były balony w kształcie zwierzątek. Na stoliku był tort waniliowy w kształcie zabawnej głowy lwa. Wokół stały prezenty. W pokoju obok, który dzięki magii Magnusa był dźwiękoszczelny, smacznie spał Max. Na kanapie siedział Jem, Tessa i Will, jej mąż. Na fotelu siedział Jace, a na jego kolanach siedziała Clary. Jocelyn i Luke patrzyli jak bawi się z siostrzeńcem. Simon i Izzy siedzieli na krzesłach i patrzyli jak dzieci bawią się. Panowie domu za to podali na stół napoje, przekąski i słodycze. - Will chodź. Otwórz prezenty. - powiedział William ( Will z DM, jakby ktoś się nie zorientował), podając mu ozdobione pudełko - Dobrze wuju. - usiadł na kolanach ojcu chrzestnemu i z ciekawością otworzył prezent Wyjął z pudełka pierścień. Był to stary, lecz zadbany sygnet Herondale'ów. Mały Will patrzył na niego z zaciekawieniem. - Co to ? - zapytał - To nasz sygnet rodowy. Ten należał do mojego ojca. Chce ci go podarować. Wiele dla mnie znaczył młodziku. - powiedział i wyjął łańcuszek. Założył na niego pierścień i zapiął mu na szyję. - Dziękuję wuju. - powiedział i patrzył na pierścień - Nie zdejmę go nigdy. - powiedział i znów zaczął przyglądać się prezentowi - Will, proszę. To ode mnie. - Tessa podała mu większe pudełko. Blondynek spojrzał na pudełko i powoli je otworzył. Wyciągnął z niego koc. Wyszyty był na nim walijski smok. - Koc ze smokiem ! - krzyknął i wtulił twarz w koc - Ale mietki. - powiedział i spojrzał na matkę chrzestną - Dziękuje. - Nie ma za co. Wiesz co to jest ? - wskazała na smoka - To smok z Walii. Twój wuj William z niej pochodzi. To dlatego. Żeby jeden Will pamiętał o drugim. - A gdzie jest Walia ? - zapytał potrząsając głową - W Europie, daleko, daleko stąd. - odpowiedział szatyn. Tessa zauważyła, że gdy tak siedzieli, byli do siebie podobni. Ich oczy miały taki sam piękny chabrowo - niebieski kolor. Ich włosy miały jednak różny kolor - jej Willa były ciemne, a jej chrześniaka jasne, jak u Jace'a. - A teraz otwórz ten. Jest ode mnie. - Jem podał mu niebieskie pudełko Solenizant zobaczył w nim z niego z szerokim uśmiechem ozdobną imitację Miecza Anioła. Była wiernie zrobiona. William wyciągnął ją zamiast chrześniaka gdyż była bardzo ciężka. Jace spojrzał na miecz. - No Will, piękne prezenty dostajesz. - powiedział jego ojciec - A co od was dostanę ? - zapytał nagle - No cóż. Ja mam dla ciebie to. - Clary wskazała żółte pudełko. Will zabrał się za otwieranie jego. Wyciągnął z niego pluszaka w kształcie lwa z puszystą grzywą. Z zaciekawieniem oglądał zabawkę i uśmiechał się. - Piekny. - powiedział i zaczął oglądać pluszaka od nowa - Kiedy pierwszy raz zobaczyłam twojego tatusia porównałam go do lwa. Pomyślałam, że pluszowy lew będzie dla ciebie fajnym prezentem. Oprócz tego w tym czarnym pudełku jest stela. Nie używaj jej jak na razie. Postaw w pokoju, a jak podrośniesz nauczę cię nią obchodzić, dobrze ? - Dobrze. A lew jest fajny. - potwierdził jej syn - A od ciebie tato ? - No cóż nie spakowałem prezentu, ale go mam. - wstał i wyciągnął coś za pasa. Było to serafickie ostrze. Will'owi zaświeciły się oczy, jednak dalej tulił do siebie pluszaka. - To prawdziwy seraficki miecz Will. Jeden z moich pierwszych jakie dostałem od dziadka Roberta. Patrz. - szepnął cicho jego imię i pojawiło się ostrze. Jego syn patrzył na miecz, który był mniej więcej tak duży jak on. - Jak podrośniesz nauczę cię nim władać i powiem ci jego imię. Teraz jednak niech leży w pokoju u ciebie na półce jak stela od mamy, dobrze ? Will pokiwał tylko głową kiedy ostrze schowało się. Jace dał mu zabezpieczoną broń do ręki. Jego syn był zafascynowany bronią po czym zaczął oglądać stelę. Cały czas trzymał koło siebie pluszowego lwa. Potem dalej otwierał prezenty i bawił się z sierpień 2013 Izzy właśnie ukołysała swojego pierworodnego do snu. Jej synek miał delikatne czarne włoski i kawowe oczy po ojcu. Był drobny ale miał ledwie trzy tygodnie. Urodził się w pierwszym tygodniu sierpnia dokładnie tak, jak mówiła Alice. Nadała mu razem z Simonem imię po jej młodszym bracie, Maksie. Max Aleksander Lightwood. Właśnie zasnął, gdy do pokoju wszedł Simon. - Jak nasz Mały Książę ? - zapytał podchodząc do żony - Śpi. - mruknęła i zobaczyła uśmiech na twarzy męża - Czy to nie zabawne ? Rok po naszym ślubie, prawie idealnie na naszą pierwszą rocznicę mamy synka. - Hm... - westchnął Simon - W naszym życiu nic nie jest normalne. No właśnie. Przyszedłem ci coś powiedzieć. Zostaniesz podwójną ciocią. Jace spełnia swoje marzenie o gromadce dzieci z Clary. - Czekaj. Ona znów jest w ciąży ? Muszę do niej powiedziała i cicho wyszła z pokoju. Isabelle poszła do bawialni. Był to stary, nieużywany pokój dla Nefilim, który zostałby w Instytucie. Znajdował się niedaleko ich sypialń i był dość duży by urządzić tam pokój do zabaw dla dzieci. W bawialni były delikatne zielone ściany. Dzięki dużym oknom było w nim jasno. W kącie były półki z zabawkami. Pośrodku stał okrągły stolik z krzesełkami. Na podłodze był miękki dywan. Wszystkie rogi były zabezpieczone. W pomieszczeniu siedziała Clary, Jace i Will. Blondynek bawił się z lisiczką. Jace cicho rozmawiał z żoną gładząc ją po brzuchu i uśmiechając się. - Clary, czy ty na prawdę jesteś w drugiej ciąży ? - zapytała szatynka podchodząc do nich - W czym jest mama ? - zapytał Will patrząc na ciotkę - Tak jestem. - powiedziała i pokazała synowi, by do niej podszedł - Słuchaj kochanie. Będziesz miał młodsze rodzeństwo, bo mamusia ma w brzuszku dzidziusia. - Ale jak on tam się zmieścił ? - zapytał i spojrzał na Izzy - Ciociu a Max śpi ? - Śpi. - odpowiedziała Łowczyni - Słuchaj Will, dzidziuś w moim brzuszku jest jeszcze bardzo malutki. Za 8 miesięcy będzie większy i będziesz miał młodsze rodzeństwo. Dziecko będzie malutkie jak ty kiedy się urodziłeś. Ja i tatuś będziemy musieli się nim zająć i spędzać z nim dużo czas, a ty będziesz nam pomagał ? Będziemy potrzebowali twojej pomocy. - posadziła Willa na swoich kolanach - Będę. - powiedział radośnie - A on bedie taki jak Max ? - Podobny. Będzie malutki i na początku dużo spać. Potem zacznie mówić, chodzić. Tak jak ty mój malutki. - Fajnie. - powiedział i uśmiechnął się - A będę mógł się bawić z rodenstwem ? - Tak, ale jak podrośnie. - Jace pocałował go i uśmiechnął się - Ale wy dalej będziecie mnie kochać ? - zapytał i spojrzał na rodziców - Oczywiście, że tak. Kochany, jesteś naszym kochanym synkiem. - powiedziała Clary i pocałowała synka - Will, my wszyscy zawsze będziemy cię kochać. - Izzy lekko połaskotała go po szyi
1. ,,Piękna znajomość'' Pewnego lipcowego dnia wybrałam się na spacer , byłam bardzo zła chociaż nie miałam takiego powodu. Szłam i szłam aż nie zauważyłam , że robi się powoli ciemno było już po 22:00. Byłam ubrana w krótkie jeansowe spodenki , luźną czarną bluzkę bez ramiączek i miałam ubrane czarne vansy. Miałam słuchawki w uszach i słuchałam moich ulubionych się spostrzegłam ,że jestem bardzo daleko domu , okręciłam się w stronę domu i zaczęłam powoli biec. I wtedy wydarzyło się coś czego nigdy nie zapomnę , a raczej tej osoby. Biegłam i nie zauważyłam chłopaka ,który był w kręconych blond włosach , miał złote oczy i i widoczne kości policzkowe. Miał ubraną czarną bluzkę na krótki rękaw i czarne długie spodnie oraz czarne converse'y , był szczupły. Gdy zorientowałam się ,że jestem w jego ramionach uśmiechnął się do mnie (był to szczery uśmiech). Od razu mi się spodobał, ja chyba tez mu się spodobałam. Po chwili podniósł mnie z ziemi i złapał w tali. Gdy się tak jakby ocknęliśmy puścił mnie i oboje się do siebie uśmiechnęliśmy. - Miło mi Cię mam na imię Jace a ty piękna damo?-odparł - Mam an imię Clary i też miło mi Cię poznać - powiedziała po chwili. - Nic Ci się nie stało? - zapytał - Nic mi się nie stało , miło ,że zapytałeś - odparła Uśmiechnęła się do odwzajemnił uśmiech. - Może usiądziemy na ławce ? - zapytał Jace. - Bardzo chętnie chodź jest już troszkę późno - powiedziała po chwili zastanowienia chociaż była podniecona tą całą sytuacją. - Co taka ślicznotka robi sama o tej porze w parku? - zapytał Jace - No wiesz szukałam tego jedynego - zaczęła się śmiać - no i widzisz właśnie go spotkałam , siedzi obok mnie , nie no w tym tez jest trochę prawdy ,ale przyszłam tutaj , ponieważ byłam z jakiegos powodu zła , coś mnie dręczyło i jakoś tak wyszło ,ze się tutaj znalazłam choć powiem Ci ,że nawet nie zauważyłam jak tutaj się znalazłam. Jesteś bardzo fascynujący i mnie kręcisz. Tak naprawdę to bardzo mi się powiedziała Clary - Mi się spodobałaś od razu kiedy Cię zobaczyłem wyglądasz przepięknie-odparł Jace Clary się zarumieniła i uśmiechnęła . Tak Clary i Jace zaczęli rozmawiać ,że chyba przegadali ze sobą godzinę - dobrze im się ze sobą rozmawiało. Gdy zrobiło się już bardzo ciemno Clary uświadomiła sobie ,że jest bardzo późno - spoglądając na zegarek zobaczyła ,że jest już po 23 . Szybko zerwała się na równe nogi i pomyślała ponuro chociaż nie chciała jeszcze iść do domu tylko porozmawiać z Jace'm ,że musi iść już do domu bo mama będzie ją wyzywała i da jej też od razu szybko i zwinnie wstał . - Muszę już chyba iść do domu jest późno - powiedziała Clary - Masz rację - odprał smutno Jace - może Cię odprowadzę Cię do domu żebyś nie czuła się niebezpieczna? - Bardzo chętnie , będę zaszczycona takim towarzystwem jak odparła Clary Gdy razem szli rozmawiali na różne tematy , nie zorientowali kiedy Clary się zatrzymała i powiedziała ,że to tutaj , Jace gwałtownie się zatrzymał. - Dasz mi może małego całuska w policzek na miłe zakończenie dnia?- zapytał Jace - Wiesz ,że bardzo chętnie - odparła. Teraz stali tak blisko siebie ,że po prostu żadno z nich nie wytrzymało i zaczęli się całować. Jace przywarł Clary do muru i zaczęli się tak namiętnie całować ,że Clary pomyślała ,że ten pocałunek mógłby trwać wiecznie. Gdy coś zaczęło miałczeć odsuneli się od siebie i Calry zauważyła kotka pomyśleli dlaczego akurat w tym momencie. - Chyba muszę już iść- powiedział Jace. - Dobrze - odparła Clary - dała mu buziaka na pożegnanie. - Dobranoc piękna - odparł Jace - Do zoabczenia!!! - odparła Clary - A i jeszcze jedno czy mogłabyś dac mi swój numer telefonu? - zapytał - Oczywiście - odparła Gdy Clary podała mu swój numer dał jej całuska w policzek i odszedł . Mam nadzieję ,że opowiadanie wam się spodoba , jeśli wam się spodoba śmiało komentujcie Pozdrawiam .
Mam nadzieję że nowe tło się spodoba. Rozdział 4 Jace Gdy Magnus wszedł z Clary do pokoju wszyscy poszliśmy do biblioteki. - Mogłyby zostać tylko Isabell i Marys? Proszę. – powiedziałem i popatrzyłem błagalnie na Aleca i Simona - Dobra i tak się dowiemy o co chodzi. – prychnął Simon i wyszli. Siadłem na fotelu i ukryłem twarz w dłoniach. Po chwili wszedł Magnus i ogłosił poważnym tonem: - Clary jest w ciąży, ale nie zwyczajnej. - Co to znaczy? – zapytała zdezorientowana Isabell - Chodzi o to że będzie się czuć coraz gorzej a przy porodzie może nawet umrzeć. – na te słowa zerwałem się z fotela a Bane popatrzył na mnie współczująco - Dlaczego? - zapytałem – Ponieważ dziecko będzie miało w sobie więcej krwi anioła niż ona. Przykro mi Jace. - A jest jakiś sposób żeby temu zapobiec? – spytała Marys - Ona nie chce usunąć dziecka, a to jest jedyne wyjście. – powiedział przepraszającym tonem – Będę do niej przychodził i sprawdzał czy wszystko w porządku. Niech ktoś do niej pójdzie, bo gdy wspomniałem o usunięciu dziecka wpadła w totalny szał… - reszty już nie usłyszałem bo wypadłem z biblioteki i pobiegłem do Clary. Clary Klęczałam ma podłodze i rysowałam kolorowe kreski. Nagle drzwi się otworzyły i trzasnęły z takim hukiem że aż podskoczyłam. Ktoś do mnie podszedł i przytulił od tyłu, po chwili rozpoznałam te ręce. To był Jace, oparłam się o niego plecami a on mnie podniósł i zaniósł do łóżka. - Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć. I przeprasza za to że jesteś w ciąży. – wyszeptał kładąc się koło mnie - Nie obwiniaj się. To po prostu się stało. A teraz nie chce o tym rozmawiać, ale mam jedno pytanie. - Jakie? - Czy dalej chcesz… ze mną być? Jeśli nie… To zrozumiem. – powiedziałam a łzy spłynęły mi po policzkach. Jace otarł je i przytrzymał moją twarz dłońmi - Nigdy cię nie zostawię. Ciebie ani naszego dziecka. – powiedział z uśmiechem i pocałował mnie w głowę - Kocham cię. – szepnęłam i wtuliłam się w niego. - Ja ciebie bardziej. – odszepnął i zasnęliśmy przytuleni do siebie. [ Gdy się obudziłam zobaczyłam że Jace jeszcze śpi więc wymknęłam się do łazienki i wzięłam kąpiel. Nie wiem jak długo siedziałam w wannie gdy rozległo się pukanie. - Clary, wszystko w porządku? – to była zatroskany głos Jace’ a - Tak, wiesz że lubię się długo kąpać. – odkrzyknęłam, wyszłam z wanny i owinęłam się ręcznikiem. Gdy przeczesałam włosy i wyszłam, zamarłam… Na zaścielonym łóżku siedział mój anioł, wszystko co jeszcze wczoraj było na podłodze teraz było pięknie poukładane na biurku. Podeszłam do niego i usiadłam na jego kolanach. - Ty to posprzątałeś? - Ja, a kto inny? Znasz jeszcze kogoś z instytutu kto mógłby posprzątać twój pokój? – powiedział głaskając mnie po włosach. - Nie, nie znam. I nie znam nikogo kogo bardziej bym kochała, niż ciebie. – wymruczałam i pocałowałam go, delikatnie ale i namiętnie. - Ubierz się i idziemy na śniadanie. – po tych słowach wyszedł a ja szybko ubrałam się w szmaragdową tunikę, czarne rurki i czarne trampki. Włosy jeszcze raz rozczesałam i zostawiłam rozpuszczone. Gdy wyszłam na korytarz, Jace zmaterializował się koło mnie i objął opiekuńczo ramieniem. Weszliśmy do jadalni i wszyscy zaczęli bić brawo. - O co chodzi? – spytałam szeptem Jace’ a - Zapomniałaś? - O czym? – w tym momencie zaczęły spadać na mnie kolorowe gwiazdki i rozległo się głośne „sto lat”. – Moje urodziny. – mruknęłam pod nosem ale uśmiechnęła się do innych. Jak już zjedliśmy poszliśmy do salonu i tam zaczęłam dostawać prezenty. Od Aleca i Magnusa dostałam kule ze sztucznym śniegiem i figurkami przedstawiającymi mnie i Jace’ a. Dowiedziałam się że gdy nasza rodzina się powiększy to w kuli pojawi się figurka naszego dziecka. Od Isabell dostałam zieloną bransoletkę z małymi diamencikami które ( jak powiedziała Izzy ) są idealne na demony. Simon dał mi zawieszkę. Był to owal ze wzorem z moich ulubionych kwiatów, czyli lilii. Zawieszka była otwierana więc postanowiłam że włożę do niej zdjęcia najbliższych. Następna była kolej Marys i Roberta. - Udało nam się sprowadzić uczonego od runów, przyjedzie za dwa dni. A tym czasem mamy coś co ci się przyda. – Robert podszedł do mnie i podał mi podłużne, czarne pudełko – Otwórz. – zachęcił. Więc otworzyłam, w środku znajdowała się piękna Stella, była zielona ale, tak jakby, po niej wspinał się złoty wąż. - Dziękuje, jest piękna. – powiedziałam i przytuliłam Marys. A łzy zaczęły napływać mi do oczu. - Dobrze, jest już 13, więc ja cię porywam. – powiedział Jace i pociągnął mnie w stronę drzwi. - Tylko nie zapomnijcie że o 20 jest impreza. – krzyknęła za nami Izzy --------------------------------------------------- Wiem że trochę nudne i mało się dzieje ale postaram się poprawić w następnym rozdziale. Wika
- Zgadzam się... Jedno takie dziecko w drodze wystarczy - mruknęła Jocelyn, masując swoje skronie, jakby dostała ataku migreny. - Ale musimy coś zrobić, aby nabrali do nas przekonania. Takie debaty wiele nie dadzą... - Cóż, można spróbować triku, że każdy kto przerywa debaty, wprowadzając nowe tematy nie związane z dyskusją zostanie usunięty z sali... - Malachi, wybacz... Ale będziemy rozmawiać o moim parabati, pierwszym małżonku Jocelyn i... I osobą, która przemieniła Jonathana i Clary. Jak chcesz odseparować te tematy? Każdy od razu obali decyzję o usunięciu... -Luke ma rację - mruknął Robert. - Cóż, może zarządzić spotkania o ściśle określonej tematyce? - Widziałeś co się dzisiaj stało... - rzuciła Isabelle, przytulając się do Jonathana. - Nie rozumieją nas... Nie potrafią zobrazować sobie jaki naprawdę jest Jona, Clary... Po mieście rozeszły się plotki i każdy się boi. - Walka z plotkami to jak walka z wiatrakami - podsumowała Maryse. - To się nie uda, zwłaszcza, że nikt nie będzie nas słuchać. - Może powinniście przenieść się do mnie? Może gdyby więcej widzieli was w mieście... - To nic nie da - mruknął Luke. - I może źle zadziałać na Clary. Sam fakt tego, że się tutaj znajduje sprawia, że jest bliska paniki... Gdyby była w sercu miasta chybaby zwariowała... - Prawda... Niby większość czasu śpi, ale jak nie śpi jest bardzo poddenerwowana. Martwi się praktycznie o wszystko... - To nie służy, zwłaszcza, że jest w ciąży... - My coś o tym wiemy Jio... Lepiej więc, żeby została w rezydencji, a my z nią. Gdyby Valentine chciał ją albo dziecko nie damy mu nawet podejść. - Zwłaszcza Jace - prychnął Jonathan. - Chodzi za nią jak cień. - Ale co więc można zrobić? Siedzieć i mieć nadzieję, że wkrótce Łowcy zrozumieją, że podzieleni upadniemy? - To może im zająć sporo czasu Jio - zauważyła Maryse. - A my musimy działać teraz, jeśli nie chcemy dać Morgensternowi jeszcze większej przewagi... - Łatwo powiedzieć... To nie jest takie proste, żeby każdy przełamał swoje obawy... Morgenstern wielu skrzywdził, a obecność jego byłej rodziny może przywoływać przykre wspomnienia... - Jesteśmy Nefilim... To nie powinno mieć znaczenia... - Malachi wiesz, jak to jest... Praktyka, a teoria to nie to samo. Zanim mężczyzna odpowiedział, rozbrzmiało pukanie do drzwi. Konsul odsunął się od drzwi, przez które wszedł niski szatyn. Kiedy zobaczył, stojącego w pokoju Jonathana, jego dłoń spoczęła na rękojeści miecza, jednak nawet nie zacisnął na niej palców. Skinął Jii. - Pani Inkwizytor. Przyszła grupka Łowców, którzy chcą wnieść prośbę odnośnie propozycji Valentine'a Morgensterna. Bardzo chcą pani przedstawić to osobiście. - Ugh... Proszę, niech wejdą... My już skończyliśmy, więc... - Tak właściwie pani Inkwizytor - zaczęła szczupła kobieta o oliwkowej cerze, która przecisnęła się koło szatyna. - Obecność Konklawe Nowego Yorku mogłaby być nawet i wskazana. - Och... - Chcielibyśmy aby - zaczął łysy, umięśniony Nefilim, na czaszce którego wiła się runa Wzroku. - Ta niedorzeczna propozycja nie była nawet brana pod uwagę podczas obrad. Nie możemy brać pod uwagę układy z kimś takim, zwłaszcza, że zabił wielu naszych... Gdybyśmy układali z nim sojusze byłoby to uwłaczające wobec wielu rodzin, które ucierpiały poprzez jego działalność. - Teodor powiedział to zbyt ogólnikowo - prychnęła kobieta, która pierwsza weszła. - Nie będziemy się z nim układać, bo nie po to tu przybyliśmy. Naszym celem powinno być odebranie mu darów i... Cóż zabicie go. - Zgłaszam się do tego zadania i to bardzo chętnie. Mogę się nawet przejść kurs na kata - rzucił Jonathan, podnosząc rękę do góry. - Ty mój drogi... Ty, później masz rozmowę ze mną... - mruknął siwowłosy mężczyzna, wychodząc zza pary Łowców. - Samuelu... Ja... - Daruj sobie - prychnął. - Nie jestem głupi, żeby wiedzieć, dlaczego mnie unikałeś. Oczekuję na ciebie w sali... Tymczasem, chcę powiedzieć, że to, co stało się na poprzedniej naradzie nie będzie miało już miejsca. Jeśli mamy pokonać tamtego parszywca musimy być jednością. Wszelkie waśnie muszą odejść na bok, a jeśli ktoś nie może tego zrozumieć, powinien zostać odesłany do swojego Instytutu, aby pilnować swojego przyczółka, sponad którego nic więcej nie widzi. - Tak... Masz rację Samuelu - przyznał Malachi. Mężczyzna bez słowa skinął i odszedł korytarzem. Zachowanie to sprawiło jednak, że Jonathan spiął się cały. Miał ochotę pobiec za nim. Za trenerem, który nauczył go wszystkiego i był dla niego jak ojciec, nigdy nie pytając go o nic. Nigdy nie pytał dlaczego po walce ukrywał swoje oczy, zamykał się w pokoju, bądź czasami znikał bez słowa. Ufam mu na tyle, że nie pytał o to wszystko i zachowywał się tak, jakby nic z tego nie miało miejsca. Do teraz. - Nie musisz ze mną iść... To ja nabroiłem i muszę wybić to nawarzone piwo. - Jakbyś zapomniał już od jakiegoś czasu masz dziewczynę... - Izzy, o tobie nie da się zapomnieć... - Nie przerywaj mi. Masz mnie, więc idę z Tobą, bo cię kocham i powinnam stanowić twoje wsparcie, zwłaszcza w takich sytuacjach, więc nie uwolnisz się ode mnie. Przykro mi, ale nie mam zamiaru więcej cię zostawić. Wiem na co się pisze i z tego nie rezygnuje, rozumiesz mnie? - Tak... - Mam nadzieję, że bardzo dobrze, bo nie będę się powtarzać w tej materii. Tak więc... Samuel to twój trener? - Tak. Był dla mnie jak ojciec... Wiesz, uczył mnie wszystkiego od nowa. Pierwsze sztychy, kładka i łapanie równowagi... Nie miał pojęcia kim jestem. Sądził, że jestem przemienionym Przyziemnym, jak każdy. Stawiałem z nim pierwsze kroki, jako Łowca. Starałem się zapomnieć wszystkiego, czego nauczył mnie Morgenstern i zastąpić to wiedzą od Samuela. - Naprawdę nie miał pojęcia kim jesteś? - Nikt mu nie powiedział. Im mniej osób wiedziało, tym większa była szansa, że się nie wydam. Wiesz, środki ostrożności i inne tego typu sprawy, jak życie z podwójną tożsamością, ukrywanie siostry... - Wiem jakie to było dla ciebie trudne... - Czasem zastanawiam się, jak ja to wszystko robiłem... - mruknął z lekkim uśmiechem, który zaraz zgasł. - To tu... Nasza Akademia. - Myślisz, że... - Nie myślę. Po prostu tam pójdę i zobaczę co się stanie. Przewidywanie to specjalność Clary, nie moja. Nie będę wchodzić w jej kompetencje. - To idziemy - powiedziała, podchodząc do drzwi i z lekka pchając je. - Są otwarte... Kącik ust Jonathana podniósł się do góry, jakby w uśmiechu, jednak równie szybko opadł. Przełknął ślinę i ruszył ku wejściu. Przeszedł przez próg, a za nim Isabelle, rozglądając się po kamiennych ścianach Akademii, w której trenował kolejne pokolenia Samuel. Zimne, szare pomieszczenia oświetlone były przez lampy z magicznymi kamieniami, a na podłodze położony był ciemnoszafirowy dywan, przetarty już w wielu miejscach przez kroki dziesiątek Łowców, którzy przechodzili tędy w czasach świetności Akademii. Teraz to miejsce powoli podupadało. Rzadko kiedy decydowano się na użycie Kielicha, więc nie było potrzeby, aby to miejsce istniało, w takiej formule jak kiedyś - aby trenowało dziesiątki nowych Nefilim, którzy dopiero zapoznawali się ze Światem Cieni. Dzisiaj pozostał tu jedynie i aż Samuel. Najlepszy trener całych pokoleń, trenujący teraz nielicznych młodzian, a w zasadzie od pewnego czasu tylko jego. Chłopak jeszcze raz przełknął ślinę, kiedy zobaczył uchylone drzwi od sali treningowej. Przystanął na chwile. Nie wiedział czego się spodziewać. Nigdy nie zawodził Samuela, do tej pory. Unikał go, nie wiedząc jak powiedzieć mu tą prawdę, ale jego trener w końcu musiał go złapać. Alicante nie było nie wiadomo jak wielkie. - Dasz sobie radę. Uśmiechnął się przez słowa Izzy. To, że była niezwykle uparta bywał przekleństwem, ale teraz uznał to za błogosławieństwo, bo przez to, nie zostawiła go, mimo, że ją o to prosił. Odchrząknął i ruszył do przodu. Pchnął barkiem drzwi, tak jak zwykle. Jak zwykle znowu zaskrzypiały, niczym starzec zmęczony swoim długim życiem, pełnym trudów i upadków. Rozejrzał się po sali. Duża, w przeciwieństwie do reszty budynku była wyłożona parkietem z ciemnego drewna, a ściany pokrywały szare, wyblakłe ściany. Na środku sali, w nakreślonym czerwonym okręgu stał Samuel, trzymając swój miecz. Patrzyli przez chwilę na siebie. - Witaj Jonathan. Proszę, wchodź... Musimy... Eh... Muszę ci coś powiedzieć... -urwał, widząc jak koło ramienia chłopaka pojawia się piękna sylwetka młodej Łowczyni. - Ale na osobności. Bardzo prosiłbym cię młoda panno Lightwood, abyś poczekała na zewnątrz. - Ale... - zaczęła swój sprzeciw. - Nic mu się nie stanie. W tym miejscu nie ma prawa stać się krzywda mojemu uczniowi, zrozumiano? - Czekam - szepnęła, przelotnie muskając jego policzek. Odczekali dłuższą chwilę, nie zmieniając swoich pozycji. Zastygli, jak dwa posągi. - Samuelu... - zaczął w końcu Jonathan, nie mogąc znieść tej ciszy. - Nie. To ja powinienem zacząć... Bardzo cię przepraszam, że nie potrafiłem pomóc ci, kiedy mnie potrzebowałeś w Instytucie. Przepraszam cię za to, że nigdy nie zainteresowałem się Tobą jak należało. Uznałem, że skoro mnie odsuwasz od tych spraw, to tak powinno być... Pomyliłem się. Powinienem był już przed laty zrozumieć, że coś jest nie tak. Zawiodłem cię. Zostawiłem cię samego, kiedy wisiał na Tobie wyrok śmierci, za to, czego nie zrobiłeś. Kiedy dzisiaj zobaczyłem cię na naradzie i słyszałem jak cię szkalują... Coś we mnie pękło. Zwłaszcza jak pojawił się Morgenstern i powiedział o tej... Okropnej wymianie. Nie mogłem zostawić się po raz kolejny samego, dlatego później porozmawiałem z kilkoma osobami. Nie pozwolę, abyś znów walczył sam... - Samuelu... To... - wyszeptał, czując jak łza przecięła jego policzek. - To ja powinnam się przeprosić. Okłamywałem cię tyle lat... Nie zasługuje na twoją pomoc i... - Och, przestań już na miłość anielską! Przestań się nad sobą użalać i lepiej zrozum, że więcej nie będziesz sam. Wiem, że masz swoją rodzinę, kochającą dziewczynę, matkę i ojca, ale... W Alicante też nie będziesz sam... A co do prawdy... Nie potrzebuje jej, żebym wiedział jaki jesteś. - Dziękuję - wyszeptał, podchodząc do niego. - To naprawdę wiele... - To nic - powiedział, wychodząc z okręgu. Miecz upadł z brzdękiem. Starszy mężczyzna przyciągnął do siebie chłopaka, zamykając go w niedźwiedzim uścisku. Oboje przez chwilę trwali w tej pozycji. - Brakowało mi ciebie - wyznał cicho chłopak. - Ja też tęskniłem za najlepszym uczniem... - Cóż, do czasu - mruknął, uśmiechając się tajemniczo. - Jeśli poskromiłeś mnie, to przyślę do ciebie niedługo i dziecko mojej siostry. Znając ją i Jace'a, będziesz bardzo potrzebny. - Och... Skoro tak mówisz to muszę odłożyć plany o emeryturze... Ale stawiam jeden warunek. - Nie obiecuje, że będzie tylko jedno takie dziecko - zaśmiał się. - Bo masz mi obiecać, że będzie przynajmniej dwójka... Skoro mam trenować dziecko twojej siostry to czekam i na twojego potomka... - Ale... - Twoje demoniczne dziedzictwo, którego tak się boisz to ty. Pamiętasz co ci mówiłem o polowaniach? Jako Nefilim walczymy z demonami... Ze swoimi demonami, które widzimy. Każda walka powinna pozbawiać nas kolejnych obaw i demonów. Walka to starcie. Ty ścierasz się ze swoim demonicznym pierwiastkiem częściej, a mimo to, nie wynosisz z tego nic? Musisz pokonać strach, musisz pokonać demona, który jest w Tobie, a nie tylko śpiewać mu kołysanki. Jeśli będziesz siedzieć w miejscu to się cofniesz. Największe demony to te, których nie widać i które skrywamy w sobie. Jako Nefilim nie możesz pozwolić, aby się żywiły Tobą. - I myślisz, że dziecko mi w tym pomoże? - A czego najbardziej się boisz? Czyżby nie tego, że młoda Isabelle będzie chciała rodziny? Pełnej rodziny? - Znasz mnie aż za dobrze... Choć to chyba normalne w rodzinie, co? - Tak - wyszeptał mężczyzna, ocierając łzy szczęścia z policzków.
Przepraszam, że tyle czekaliście (chociaż obiecałam kompletnie co innego). Ale jak możecie się dowiedzieć spod komentarzy pod poprzednim postem, kompletnie nie miałam czasu i problem który tak na mnie działał, że nie byłam w stanie wziąć długopisu i odrobić lekcji, a co dopiero coś napisać. W każdym razie. Rok się kończy, a ja obiecałam do końca niego skończyć bloga. Więc następny rozdział pojawi się albo dziś wieczorem, albo jutro. Mam nadzieję, że miło spędziliście święta. Liczę na wasze opinie. Weronika xx PS. Nie umiem cofnąć tego co się stało z tłem tej notki, przykro mi. Nie umiem tego usunąć. -Uhm... - jęknęła Clary, gdy przez jej zamknięte powieki przedarło się okropne, sztuczne światło. - Auu, moja głowa. - Nieznośny ból rozrywał jej czaszkę. Półświadomie wyciągnęła rękę w jej kierunku, chcąc w jakiś sposób rozmasować obolałą część ciała, kiedy uświadomiła sobie, że nie może ruszyć nadgarstkiem. Uniosła głowę i zacisnęła dłonie w pięści, widząc swoje nadgarstki zakute po przeciwnych stronach głowy. Jestem przykuta do ściany - była to myśl, która uparcie zaczęła krążyć po jej umyśle. Szarpnęła jedną ręką, potem drugą i z rozpaczą uświadomiła sobie, że nie wydostanie się stamtąd sama. Co więcej, poczuła silne ukłucia i zobaczyła małe ząbki, chowające się z powrotem w metalu. Najwyraźniej im bardziej będzie się szarpała, tym większą będzie robiła sobie krzywdę. Zagryzła wargi, gdy po jej rękach spłynęła krew, skapując z łokci na podłogę. Clary miała szczerą nadzieję, że nie kręci się tam żaden wampir. Ale nadzieja matką głupich, prawda? Nie miała pojęcia, co ją może spotkać. Drzwi się otworzyły. -Och, obudziłaś się już. - Do pomieszczenia weszła kobieta. Clary zacisnęła usta w wąską kreskę, odrzucając spocone włosy na plecy. -Cóż - wycedziła, starając się brzmieć pewnie. - Mogę przynajmniej wiedzieć, z kim mam do czynienia? Stojąca naprzeciwko niej osoba uśmiechnęła się chytrze, a jej fryzura - ciemnobrązowy bob - zafalowała wokół twarzy, gdy potrząsnęła głową. -Mary Ravenblood, do usług. - Ukłoniła się teatralnie. -Dlaczego nas wszystkich więzisz? -Potrzebuję czegoś od ciebie. - Jej ton był cichy, spokojny. Za spokojny. Clary uniosła wysoko brodę. Czego mogłaby chcieć od niej? -Nic ode mnie nie dostaniesz. -Cóż, zobaczymy. - Jej usta wykrzywiły się w straszliwym grymasie, który miał służyć za uśmiech. - Mam pięć osób, na których ci zależy. Wystarczy, żebyś zrobiła to, co ci każę. Oczy dziewczyny się rozszerzyły. Nie. Błagam, nie. -Nie zrobisz tego - wysyczała, mając ochotę się na nią rzucić. Szarpnęła rękoma, nie zwracając uwagi na zmaltretowane nadgarstki i tworzącą się na podłodze kałużę. -Dobrze wiesz, że zrobię - przyjrzała się Clary zmrużonymi oczami. - I masz świadomość, że w żaden sposób mnie nie powstrzymasz. *** -Musimy się stąd wydostać! Musimy, słyszycie?! - wrzeszczała przeraźliwie Isabelle. Jej zaciśnięte w pięści ręce waliły z furią o toporne drzwi, a usta raz po raz otwierały się w krzyku frustracji. - Trzeba... pomóc... Clary! -Isabelle Lightwood, nie możesz bez potrzeby tracić siły - powiedział cicho Valentine, opierając się o ścianę i krzyżując nogi w kostkach. -Skarbie, to i tak nic nie da - westchnął osłabiony Jonathan, przecierając twarz dłonią. - Nie otworzą nam. Ten gość... -Andrew - wtrącił się Jace - na pewno nie wygląda jak ja. To musi być przebranie. Alec przytaknąl, zamyślony. -To by miało sens. Ale czego oni chcą? -Wiecie - ojciec Clary i Jonathana wbił wzrok w ścianę naprzeciwko. - Ja chyba wiem, o co może chodzić. *** -Więc? O co wam chodzi? Tobie i temu... - Clary zabrakło słowa. Nie wiedziała, jak chłopak miał na imię. -Andrew - mruknęła Mary. - Chcę, byś tu z nami została. Byś została z tymi, z którymi od początku powinnaś być. Żebyś nie uciekała. Nie musielibyśmy cię tu trzymać siłą. Clary prychnęła, unosząc podbródek. -Żartujesz sobie ze mnie. Nie zostanę tutaj. Mary powoli wyjęła miecz. -Och, oczywiście że zostaniesz. - Bawiła sie nim, jakby nic nie ważył, powoli podchodząc do dziewczyny. -Dlaczego tak ci na tym zależy? - Powoli ogarniała ją panika, której starał się nie okazywać. -Odetniemy ci skrzydła... Jakie skrzydła?! -Nie mam żadnych... - wydusiła zszokowana dziewczyna ale Mary ciągnęła, jakby nie słyszała jej słów. -Spokojnie, po prostu chcemy osłabić twoje umiejętności na tyle, byś nam nie uciekła, aniołku. A potem pomożemy ci wrócić do pełni sił. Gdy już się z tym pogodzisz, gdy będziesz po naszej stronie i gdy pewne będzie, że nie będziesz chciała od nas odejść. - Kobieta uśmiechnęła się ostrym, niemiłym uśmiechem. -I co wtedy? - Głos Clary drżał. -Wtedy będziemy rodziną. Ty, twój brat i ja - wasza matka.
jace i clary w ciąży